(RNS) — 20 lipca nie mogłem zasnąć, całą noc oglądałem przerażające transmisje na żywo z Delhi. Młodzi demonstranci, wśród nich nastolatkowie, stawiali czoła gazowi łzawiącemu i pałkom policji, próbując maszerować w stronę budynku parlamentu, domagając się odpowiedzialnego systemu edukacji po serii poważnych porażek egzaminów, a naczelny sędzia nazywał bezrobotną młodzież „karaluchami”.
Przez ponad dekadę, dzięki Hindus for Human Rights, staram się mobilizować Hindusów w Indiach i w diasporze przeciwko erozji praw obywatelskich, praw mniejszości i demokracji pod rządami Partii Bharatiya Janata, której polityka wyrosła z hinduskiego nacjonalistycznego światopoglądu Hindutva. Ideologia ta wykorzystuje tożsamość hinduską, by uzasadnić rządzenie większości i może sprawiać, że równość dla niektórych Hindusów jawi się nie jako sprawiedliwość, lecz utrata uprzywilejowanego miejsca.
Hindusi muszą to zauważyć: to powstanie jest inne. Ten protest dotarł głęboko do kręgu Hindutva, który obejmuje Hindusów i rodziny z klasy średniej — a następnie odrzucił wspólnotową politykę, którą Hindutva proponowała.
To protest jest inny, bo pokazał, że Hindusów można zmobilizować masowo, solidaryzując się z ludźmi, których nacjonalizm hinduski nauczył nas postrzegać jako obcych.
Przez tygodnie protestujący konfrontowali się z porażkami, które dotykały ich bezpośrednio w domu: wycieki odpowiedzi na egzaminy, odwołane egzaminy, bezrobocie i znikająca przyszłość. Mimo to nie przekształcili tej skargi w wąską lub wykluczającą politykę.
Ich ruch Cockroach Janta Party rozpoczął się jako satyra po tym, jak sędzia naczelny Surya Kant użył słowa „cockroaches” w wypowiedziach powszechnie rozumianych jako pogarda wobec bezrobotnej młodzieży. Abhijeet Dipke, hinduski student Dalit w Bostonie, odpowiedział memem: „A co by było, gdyby wszystkie karaluchy się zjednoczyły?” Żart stał się ruchem. Przez tygodnie, najpierw online, a potem osobiście, hinduska młodzież zbudowała ruch, w którym tożsamość hinduska, demokracja konstytucyjna, polityka anty-kasty i solidarność międzywyznaniowa mogły dzielić tę samą scenę.
Na Jantar Mantar, najbardziej ikonowej ulicy protestów w Delhi, tuż przy parlamencie, protestujący nieśli róże i egzemplarze konstytucji. Śpiewali, tańczyli i wyśmiewali rząd, który pielęgnował wizerunek niepokonanego. Niektórzy przeszli na głodówkę. Po tygodniach protestów i brutalnym stłumieniu przez policję 20 lipca, minister edukacji Dharmendra Pradhan zrezygnował 25 lipca, co było rzadkim ustępstwem ze strony rządu, który rzadko poddaje się presji publicznej.
Indie pod rządami premiera Narendry Modiego już wcześniej doświadczały odważnego oporu. Kobiety muzułmanki siedziały całodobowo zimą w Shaheen Bagh, by sprzeciwić się dyskryminującej Ustawie o Obywatelstwie. Studenci z Jamia Millia Islamia i Uniwersytetu Jawaharlala Nehru odparli przemoc policji. Rolnicy biwakowali poza Delhi przez rok i doprowadzili do uchylenia trzech ustaw rolnych. Studenci z Dalitów wielokrotnie kwestionowali przemoc kastową i instytucjonalną dyskryminację.
Lecz rząd i jego zwolennicy znaleźli sposoby, by izolować każdy z tych ruchów. Protestantujący muzułmanie byli nazywani „jihadistami”. Rolinicy sikhowie – „Khalistanistami”. Studenci byli określani jako „urban Naxals”, termin mający na celu powiązanie ich z daleko lewicowymi ruchami zbrojnymi. Tożsamości protestujących stały się narzędziem odwracającym uwagę od ich żądań.
Ruch młodych „cockroach” był trudniejszy do opisania i powstrzymania. Młodzi Hindusi, muzułmanie, Sikhowie, chrześcijanie, Dalici i ludzie z wielu regionów stali razem. Liderzy studentów dzielili przestrzeń z młodzieżą, która nigdy wcześniej nie brała udziału w proteście. Epos hinduski „Ramcharitmanas” i konstytucja pojawiły się na tej samej scenie. „Jai Bhim”, hołd dla Bhimrao Ramji Ambedkara, Dalita, który pomógł spisać Konstytucję Indii, rozbrzmiało wśród bhajanów i popularnej muzyki. Obserwowałem na transmisji na żywo, jak muzułmański student tańczył radośnie przy Hanuman bhajan.
Hindutvapolitika często przedstawia sekularność konstytucyjną i hinduską tożsamość cywilizacyjną jako konkurujące wizje Indii. Gandhi i Ambedkar także bywają umieszczani po przeciwnych stronach politycznej pamięci Indii. Jednak na Jantar Mantar protestujący wzywali obu. Prawie każda przemowa zaczynała się od „Jai Bhim”, hołdu dla Ambedkara. Głodówka i inne aspekty pokojowego protestu, czyli „satyagraha”, odwoływały się do Gandhiego. Studenci nie chcieli być podzieleni.
Pokazali, że udział Hindusów w życiu publicznym nie musi pociągać za sobą upokorzenia kogokolwiek innego. Pokazali również, że młodzi Hindusi mogą uznać własne cierpienie, nie zaprzeczając ostrzejszej i długotrwałej represji, z jaką spotykają się muzułmanie, chrześcijanie, Kaszmirczycy, Dalici, Adivasi i inni dysydenci i mniejszości.
To lekcja, której Hindusi nie mogą przegapić. Maszyneria represji nie pozostaje ściśle ograniczona do mniejszości. Państwo przyzwyczajone do demolki, aresztowań, nadzoru i karalizacji sprzeciwu ostatecznie obróci te narzędzia przeciwko każdemu, kto zagraża skoncentrowanej władzy. Gdy hinduscy studenci byli bici, wiele rodzin z klasy średniej widziało machinę represji na własne oczy. To rozpoznanie powinno pogłębić solidarność, a nie ją osłabić.
Represje państwa wobec studentów trwały bez przerwy mimo rezygnacji ministra. Mimo obietnic rządu o wycofaniu spraw przeciwko pokojowym protestującym, nadal odnotowywano aresztowania, detencje i przemoc policji w kilku stanach. Widzieliśmy teraz nagrania brutalności policji i aresztowań studentów w Biharze, Goā, Asamie i dalej. W rzeczywistości policja w Biharze otworzyła ogień z karabinów AK-47 do studentów.
Wyższe kasty i klasy średnie Indii są przerażone tą przemocą, ponieważ Hindusi nie są zwolnieni z cierpień. Niespodziewanie jednak mniejszości Indii doświadczyły najbardziej trwałych i najsilniejszych form skrajnej przemocy i celowego nacisku państwa.
Zwycięstwo ruchu będzie kruche, jeśli Indie będą świętować rezygnację jednego ministra i porzucą studentów stających w obawie, pod obserwacją lub w sprawach prawnych. Będzie mniejsze, jeśli hinduscy uczestnicy wrócą do domów, nie uznając ruchów muzułmanów, Dalitów, Sikhów i chrześcijan, które podtrzymywały demokratyczną sumę Indii w znacznie bardziej izolowanych latach. Umar Khalid i Sharjeel Imam, muzułmańscy studenccy aktywiści związani z ruchem przeciwko Ustawie o Obywatelstwie, pozostają w więzieniu bez procesu. Ich los także jest częścią tej historii.
Hindusi sumienia mają teraz obowiązek. Możemy mówić o tych protestach w świątyniach, rodzinnych grupach WhatsApp, organizacjach społecznościowych i instytucjach diaspory. Możemy wspierać obronę prawną dla celowanych studentów, kwestionować używanie symboli hinduskich do usprawiedliwiania przemocy państwa i odmawiać wysiłków, by podzielić ten ruch według linii religijnych lub kastowych.
Na zgromadzeniach solidarności za granicą widziałem Hindusów, którzy rzadko brali udział w hinduskich protestach politycznych, stojących u boku muzułmanów, Sikhów, chrześcijan i sekularnych Hindusów. Niektórzy obawiali się konsekwencji dla swoich rodzin lub możliwości powrotu do Indii. Mimo to przyszli.
To powstanie, zainicjowane przez międzynarodowego studenta z Bostonu, przerodziło się w duży i wyjątkowo inkluzywny ruch w Indiach i wróciło na nasze wybrzeża w USA w postaci ogromnych wieców solidarności. Nienawiść i przemoc Hindutvy — a także opór wobec niej — są niezaprzeczalnie globalne.
Ta globalna dystrybucja ma znaczenie, ponieważ solidarność nie musi wyglądać identycznie wszędzie. W Delhi oznaczało to nocowanie na miejscu protestu, znoszenie upału i praktykowanie niestosowania przemocy w obliczu brutalności policji. W diasporze oznaczało przychodzenie pod konsulaty, dzwonienie do dziennikarzy, tłumaczenie zeznań, zbieranie funduszy na wsparcie prawne i wypowiadanie się w domowych i wspólnotowych przestrzeniach, gdzie milczenie często mylone jest z neutralnością. Te czyny nie są równoznaczne, ale mogą wzmacniać siebie nawzajem.
Studenci dali nam także język, który podróżował. „Main bhi cockroach” (ja też jestem karaluchem) było zabawne, buntownicze i natychmiast zrozumiałe. Pozwalało ludziom rozpoznać siebie w walce, zanim opanowali każdy szczegół. Humor otworzył drzwi; odwaga studentów i ich żądania trzymały ludzi na miejscu. Ta kombinacja stworzyła coś rzadkiego: ruch osadzony w konkretnej niesprawiedliwości, ale zdolny zgromadzić znacznie szerszą publiczność wokół kwestii godności, sprawiedliwości i przyszłości.
Nie powinniśmy lekceważyć wartości tej szerszej publiczności. Ruchy potrzebują zaangażowanych organizatorów, ale także spotykać i witać ludzi tam, gdzie są, i mobilizować ich. Zadanie teraz to utrzymanie tych relacji przy życiu ponad granicami i pokoleniami.
My w diasporze mamy teraz konkretny przykład sposobu na wspólny opór Hindutva, odmawiając podziałowi.
„Bhagavad Gita” nazywa „abhaya”, wolność od strachu, pierwszą cechą boskiej natury. Widzieliśmy to w młodych ludziach noszących własnoręcznie wykonane plakaty, dzielących się jedzeniem w upale Delhi i wracających po pobiciu. Modlę się, aby Hindusi w Indiach i w całej diaspora pozostali przy nich. Niechmy razem niesiemy Tulsidasa i konstytucję. Niech „Jai Bhim” rozbrzmi w naszych satyagrahach. Brońmy tych, których państwo uważa za najłatwiejszych do izolowania. Pomóżmy, by otwarcie stworzone na Jantar Mantar przekształciło się w kraj, w którym nikt nie musi głodować, krwawić ani rezygnować z lat wolności tylko po to, by zostać usłyszanym, oraz w diasporze i świecie, w którym dostrzeżemy powiązania między wszelkim uciskiem a wszelkim oporem.
(Sunita Viswanath jest dyrektorem wykonawczym Hindus for Human Rights. Poglądy wyrażone w tym komentarzu niekoniecznie odzwierciedlają stanowisko Religion News Service.)
