Kate Bowler o niespodziewanej radości, nawet wśród bólu

(RNS) — Kate Bowler spędziła ostatnią dekadę na krytykowaniu amerykańskiego kultu pozytywności i pogoń za optymalnym szczęściem.

Jej doświadczenie w walce z rakiem jelita grubego w stadium IV, będąc w wieku dwudziestu kilku lat, nauczyło ją błędności takiego myślenia.

Podczas gdy jej wcześniejsze książki rozważały śmiertelność i żałobę, najnowsza pozycja Bowler, w całej swej złożoności, dotyczy radości. Może to ironicznie, bowler odkryła, że unikając śmierci, skłoniła siebie do otwarcia na doświadczanie radości. RNS zaprosiło Kate Bowler, która wykłada historię religii amerykańskiej na Duke Divinity School, aby porozmawiać o jej nowej książce „Joyful, Anyway.”

Yonat Shimron: Kate, bardzo dziękuję za to, że przyszłaś do nas porozmawiać.

Kate Bowler: Zawsze uwielbiam z tobą rozmawiać.

Kiedy po raz pierwszy uświadomiłaś sobie, nawet pośród cierpienia, a może właśnie dzięki niemu, że radość potrafi się czasem pojawić?

Myślę, że przede wszystkim wtedy, gdy zrozumiałam, że miałam doświadczenie tej radości, które było niemal wstydliwe do opowiedzenia, bo radość jest dziwniejsza, niż się spodziewałam. Miałam to rozciągnięcie zaraz po tym, jak zdiagnozowano u mnie raka. Był to czas przewrotu wszystkiego w moim życiu. To, co miało znaczenie, zaczynało szybko znikać, byłam bardzo zła i zdruzgotana, i po prostu miałam takie jedno dziwne, krótkie doświadczenie, w którym czułam się otulona miłością — miłością ze strony innych ludzi i miłością Bożą — i było to tak trudne do wyjaśnienia, jak coś tak pięknego może istnieć obok momentu całkowitej dewastacji. Myślę, że długo zajęło mi, aby spojrzeć w przeszłość na to doświadczenie i zdać sobie sprawę, że w tej jakości radości kryła się coś bardzo tajemniczego, co naprawdę wkroczyło w moje życie.

Zastanawiam się, czy wiele osób, które przeżywają żałobę lub są w żałobie, nie patrzy na te epizody radości i nie czuje z tego winy?

Tak. Od lat przebywam w społeczności ludzi, którzy przeżyli, czasami ledwo, ogromne rozbicia i ich następstwa, a gdy ludzie opowiadają mi o tych zaskakujących chwilach uniesienia — gdy w jakiś sposób czujesz „tak”, kłębiące się w tobie, lub po prostu zaczynasz płakać w sytuacji, która powinna być druzgocąca — ludzie zwykle mówią: „O rany, czułam się tak źle, czułam się tak winna, wydawało mi się to zupełnie niestosowne. Ale naprawdę rozpoznałam siebie w psychologicznym opisie radości, według którego radość potrafi zaangażować zarówno nasz system nagrody, jak i nasz system stresu. Oznacza to, że możemy mieć doświadczenia „tak i nie”, pełne euforii i jednoczesnego rozbicia, w których czujemy się dziwnie, wręcz groteskowo, nie tylko szczęśliwi, ale i: wszystko ma znaczenie, a nic nie ma znaczenia. Myślę, że właśnie dlatego, gdy słyszysz czyjąś opowieść o tym, że radość naprawdę ich zaskoczyła, ma to w sobie taką romantyczną, dziecięcą, „co się właśnie dzieje?” atmosferę — bo to przyszło z zaskoczenia.

Wyjaśnij różnicę, którą w książce bardzo dobrze przedstawiasz, między szczęściem a radością.

Myślałam, że to to samo. Myślałam, że obie rzeczy to jedynie pozytywne emocje, które są różnymi smakami tego samego lodu. Okazuje się jednak, że mają odrębny profil psychologiczny. Szczęście to uczucie spokoju, relaksu, wynik nagromadzonych dobrych doświadczeń, gdy wspinasz się po drabinie pozytywnych uczuć, a na końcu masz piękny widok — i to dlatego, że nawet sam wyraz „szczęście” pochodzi od słowa „hap”, staronordyjski odpowiednik przypadku, czyli coś, co po prostu się przydarza. Szczęście pragniemy odczuć w kontekście: filiżanka kawy, muzyka, którą słyszysz, przyjaciel, którego możesz zadzwonić, praca, która się pojawiła. Jest bardzo kontekstualne, okolicznościowe i w dużej mierze stopniowe. Jako badaczka branży szczęścia słyszę to w receptach i zadaniach domowych dotyczących praktyk oddechowych, nawodnienia i całego, rosnącego, skumulowanego dobrego samopoczucia. Szczęście to zatem odczucie, że wiele rzeczy idzie nam po myśli.

Radość, z drugiej strony, nie jest relaksująca. Radość to duże, jasne, pobudzające uczucie. Budzi nas do życia, budzi nas do działania i sprawia, że mówimy: „Tak, tak, warto być żywym.” I dlatego uważam, że podczas gdy szczęście to zestaw pozytywnych sytuacji, radość to nie tylko pozytywna emocja. To opowieść. Dlatego dotyka egzystencjalnych tematów, takich jak „Czy warto być żywym?” Radość, gdy wybucha w nas, jawi się jako odpowiedź na to pytanie.

A w jaki sposób człowiek otwiera się na radość? Czy powinniśmy jej oczekiwać, czy to coś, na co trzeba się przygotować?

To bardzo irytujące, bo to w gruncie rzeczy jedna ręka klaszcząca. Jak możesz uczynić z siebie osobę radosną, gdy, jak mówi Karl Barth, radość jest darem — więc to także niespodzianka, jak i zadanie? Jak więc możemy stać się ludźmi, którym radość częściej będzie przychodzić? Myślę, że większość sposobów, o których moglibyśmy pomyśleć, jest dość intuicyjnie sprzecznych z intuicją. Wydaje ci się, że to po prostu jak kobieta z Instagrama krzycząca „Wybieraj radość” bardzo głośnym tonem, że to coś, do czego można się po prostu zmusić. Wydaje mi się, że to właśnie tutaj nasza kulturowa obsesja na punkcie mindfulness i uważnej uwagi skłania nas do myślenia: muszę stać się kimś, kto skupia się na pozytywnych rzeczach, a wtedy radość sama do mnie przyjdzie.

Niestety, ponieważ radość jest taką niespodzianką i nie możemy jej wymusić, pozostaje nam próba jej kultywowania w sposób pośredni, a jednym ze sposobów jest usunięcie z naszej drogi tych cech, które powodują, że jesteśmy niezdolni do zaskoczenia. Radość jest niespodzianką. Co czyni nas niezdolnymi do zaskoczenia? Myślałbyś, że to smutek, prawda? Jak żeśmy omawiali, smutek i radość mogą współistnieć, więc nie o to chodzi. Najprawdopodobniej wiele cech charakteryzujących erę AI, pewnego rodzaju jaźń producenta, będzie trudnych do zaskoczenia. Jeśli jesteśmy nadmiernie oddani naszym rutynom, naszej wydajności, by wszystko było użyteczne, mówiąc sobie, że odpoczynek tylko uczyni mnie bardziej produktywnym — jeśli takim jesteśmy, taka osoba będzie bardzo trudna do zaskoczenia. Dlatego musimy, myślę, oczyścić w sobie przestrzeń, która mówi: „Czy jestem kimś, kogo może przerwać nawet coś pięknego?”

A piszesz także o tym, że radość często miesza się ze smutkiem lub bólem. Nie da się ich oddzielić. Wyjaśnij to.

Czasem myślę o radości poprzez analogie muzyczne, po części dlatego, że to pomaga. Może to po prostu dlatego, że moja mama jest piosenkarką. Dzięki temu łatwiej mi myśleć o prawdach, które musimy odgrywać zarówno w tonacji durowej, jak i minorowej. Myślę, że najpierw powinniśmy powiedzieć, że istnieje język ludzkiego doświadczenia, który jest może bardziej użyteczny w tym, aby zrozumieć, gdzie radość musi nas spotkać. Radość musi spotkać nas w miejscu bolącego człowieczeństwa. Istnieje różna historyczna teologiczna terminologia dla tego bólu, jak Friedrich von Schiller, niemiecki dramaturg, określił to mianem „sehnsucht” — gorzko-słodkiej tęsknoty. Inni używają muzycznych słów do jego opisania, takich jak Fado, blues, „saudade” — formy muzyczne, które są gorzko słodkie, piękne i budzą w nas poczucie tęsknoty za czymś, czego może nigdy nie osiągniemy. To, moim zdaniem, jest ludzką kondycją. To właśnie tam radość musi nas spotkać. Kiedy więc radość przychodzi, spotyka nas jako najsłodszą odpowiedź na nasze tęsknoty.

Przypomina nam, zwłaszcza w kontekście, w którym żałość i miłość są częścią tego samego języka, że możemy mieć piękno, ale tylko na chwilę, bo taka jest istota radości. To tylko moment, to nie jest trwały stan, nie możemy tam zostać, co naprawdę boli, ale spotyka nas w momencie tymczasowego pełnego stanu. To jakby wszystkie połamane części zostały jakoś sklejone razem, a potem znika. Więc tak, myślę, że radość spotyka nas jako już tęskniące, żałobne ja, i kiedy nas dopada, nie przekonuje nas, że wszystko będzie zawsze dobrze. To jak dźwięk, który wciąż będzie brzmiał. To daje nadzieję w ten sposób. Powie nam, że nadal jest piosenka, i że wciąż ją śpiewamy, nawet gdy muzyka milknie.

You don’t discuss this in your book, but I wondered if there is a Christian obligation to be joyful?

Oczywiście istnieje także tej kwestii „śmieciowej” odpowiedź. Z pewnością istnieje chrześcijańskie wykonanie radości jako formy duchowego mistrzostwa. Myślę, że to nasza najagresywniejsza wiosenna wersja samego siebie: On zmartwychwstał. On zmartwychwstał, naprawdę! Udowodnię to szerokim uśmiechem na twarzy. Jednak myślę, że to dużo amerykańskiego ewangelikalizmu (mówię to z życzliwością i szacunkiem) przyswoiło sobie kult szczęścia i wymagało, by duży uśmiech na twarzy stał się rodzajem walki kulturowej, w której mówimy: „Spójrzcie, co Pan uczynił. Jestem szczęśliwy cały czas. Jestem radosny cały czas.”

A czasem, gdy mówię o radości, otrzymuję wiele odpowiedzi typu „Moja radość jest w Panu” — defensywną pewność. Jak śmiesz mi mówić, że nie jestem ciągle radosny? Więc czasem radość, comically, przenika sposób, w jaki wyrażamy nasze religijne przekonania. Ale uważam, że radość ma szczególne miejsce w teologii chrześcijańskiej i jako spojrzenie w umysł boski — jako przypomnienie, że Bóg nie stworzył nas i nie wysłał nas w świat jak roboty.

Istnieją trzy cechy radości, które możemy zauważyć. Jedna to wdzięczność. Druga to nadzieja. Trzecia to zachwyt, a zachwyt nie ma powodu. To właśnie czyni go zachwytem. Gdyby był tylko użyteczny, byłby czymś normalnym. Uważam, że radość, która zachwyca, ostatecznie staje się naszym najlepszym przypuszczeniem dotyczącym tego, po co Bóg nas stworzył. Dotacza nas do naszej głębokiej ontologii. Po co jesteśmy? Czasem mamy kochać, działać i służyć. Czasem po prostu być. To, samo w sobie, stanowi duchowy argument. Zanim trzeba było, aby ktoś zginął za twoje grzechy, zanim jakakolwiek teza odkupienia zacznie mieć znaczenie — po co jesteśmy (stworzeni)? Myślę, że jesteśmy stworzeni z niezwykłą zdolnością do radości, ale także potrzebujemy stałych przypomnień, że przed tym, byśmy musieli cokolwiek zrobić, naszą największą odpowiedzią na to, iż zostaliśmy stworzeni, jest po prostu „dziękuję.”

Jedno ostatnie pytanie. W książce pojawia się wiele list, i zastanawiałem się, czy pomocne jest notowanie kolejnych doświadczeń radości? Czy to pomaga?

To świetne spostrzeżenie. Myślę, że radość może zrobić dla nas kilka rzeczy. Po pierwsze, sama może się pojawić tu i teraz — i czy to nie urocze? Po drugie, może przypomnieć, że w przyszłości, mając ogromny potencjał do radości, będzie jej jeszcze więcej. Możemy więc zrezygnować z niektórych naszych obsesyjnych kontroli i wiedzieć, że, niezależnie od tego, jaką mamy postawę, co planujemy zrobić ze swoim życiem, radość może nas odwiedzić. Ale moim zdaniem najlepsze wykorzystanie przeszłości to traktowanie jej jak serię drobnych okruchów chleba — drobnych przypomnień naszej nadziei, naszego zachwytu i naszej wdzięczności. Błyszczą one wszędzie tam, gdzie żyliśmy i kochaliśmy. Kiedy czujemy, że teraźniejszość jest pusta albo przyszłość niepewna, myślę, że odwrócenie się ku przeszłości i zapisanie własnych drobnych przypomnień, że to wszystko się zdarzyło, to naprawdę piękny sposób przygotowania nas na więcej.

To świetne. Wydaje się, że twoja książka jest właśnie taka.

Dzięki. Naprawdę uwielbiałam, jak dziwaczna jest radość, i to był naprawdę miły aspekt prowadzenia tej trasy promocyjnej książki — słyszenie opowieści innych ludzi. Nawet w naszym złamaniu, nawet w naszym przerażającym strachu przed nagłówkami, ludzie wciąż znajdują radość.

Damian Cisowski
Damian Cisowski
Damian jest autorem artykułów na portalu Dobra Spowiedź, gdzie dzieli się refleksjami na temat wiary, życia duchowego i sakramentu pojednania.

← Wróć do aktualności