(RNS) — Nigdy nie byłem stałym widzem „The Late Show”, bo zwykle idę spać o dziewiątej. Jednak od pewnego czasu czuję narastającą stratę z powodu tego, że ostatni odcinek Stephena Colberta zostanie wyemitowany w czwartek (21 maja), nie z powodu późnego programu telewizyjnego, lecz z powodu czegoś poważniejszego: tracimy wielkiego amerykańskiego proroka.
Mam to na myśli w sensie technicznym. Postać proroka pojawia się w różnych tradycjach religijnych, a nie jako ktoś, kto przede wszystkim przepowiada przyszłość. Prorok Amos nie przewidywał niczego, gdy powiedział: „Niech sprawiedliwość płynie jak wody.” Patrzył na to, co dzieje się naprawdę — wyzysk ubogich, korupcję w wymiarze sprawiedliwości, performatywną pobożność potężnych — i nie odwracał wzroku.
Prorocy to pośrednicy, którzy stoją między nami a prawdą, której jeszcze nie dostrzegamy. Oni nazywają to, co realne, gdy instytucje, które mają chronić ludzi, chronią zamiast tego władzę. W tym czasie kryzysów politycznych, środowiskowych i napędzanych technologią, potrzebujemy wszystkich proroków, jakich możemy znaleźć.
Prorocy zazwyczaj nie są nagradzani za to, co robią. Mimo to mówią wciąż głośno, bo prawda musiała być wypowiedziana, a nikt inny tego nie czynił. Colbert wie o tym aż za dobrze. Kiedy CBS ubiegłego lata odwołało „The Late Show” — kilka dni po tym, jak Colbert na antenie nazwał ugodę Paramount w wysokości 16 milionów dolarów ze swoim prezydentem Donaldem Trumpem „wielką, grubą łapówką” — spojrzał wprost w kamerę i powiedział: „Popełnili jeden błąd: zostawili mnie przy życiu. A teraz rękawiczki spadają.” Colbert wykorzystał pozostałe miesiące na to, by mówić, własnymi słowami, „nieukrytej prawdy wobec władzy.”
Ale teraz ten czas się skończył i tracimy proroka.
Możesz myśleć, że to trochę przesada? Colbert to prowadzący talk-show, nie Jeremiasz. Ale po 25 latach studiów nad etyką religijną uważam, że komicy wykonują obecnie jednymi z najpoważniejszych prac moralnych w Ameryce.
Istnieje kilka powodów, dla których to działa. Doświadczamy komików jako osób spoza instytucji, które nas zawiodły. Nie są politykami ani nawet duchownymi. A ich platformy pozwalają im dotrzeć do milionów ludzi, którzy nigdy nie wysłuchaliby kazania ani nie obejrzeliby posiedzenia Senatu na C-SPAN.
Ale humor także robi coś, czego inne formy mówienia prawdy nie potrafią. Skłania nas do dostrzeżenia tego, co było przed naszymi oczami. Nasz śmiech to moment naszej moralnej jasności.
Myśliciele religijni od dawna to pojmują. Etyk religijny Reinhold Niebuhr napisał w „Discerning the Signs of the Times”, że „humor jest preludium do wiary, a śmiech to początek modlitwy” ponieważ potrafi unieść irracjonalny, skomplikowany bałagan życia. Socjolog Peter Berger argumentował w „Redeeming Laughter”, że komedia jest sygnałem transcendencji o tyle, o ile jest pęknięciem, przez które można dostrzec coś większego. A teolog Harvey Cox, w „The Feast of Fools”, sugerował, że zdolność do bezszelestności (niezachowania powagi) stanowi istotny element poważnego życia moralnego. Naukowcy zajmujący się studiami religijnymi rozumieją, że żart nie jest przeciwieństwem prawdy. Czasem jest to jedyny sposób, by inni ją dostrzegli.
Colbert, który często mówi o tym, że jest katolikiem, nie jest sam w tej proroczej pracy komediowej. Jon Stewart, którego jeden krytyk opisał jako „kaznodzieję telewizyjnego, a wstyd to jego dramat,” nazwał Immigration and Customs Enforcement („ICE”) „dobrze sfinansowaną grupą paramilitarną” wtedy, gdy politycy tego nie robili. Trevor Noah, Południowoafrykanin, który dostrzega sprzeczności Ameryki z perspektywy outsidera, stanął na scenie Grammy i powiedział: „Będę dziś wieczorem cieszył się, bo to może być ostatni raz, kiedy będę prowadził coś w tym kraju,” żart podkreślający ostre ograniczenia polityki imigracyjnej. A komik Pete Holmes, który nazywa siebie „chrześcijańskim duchowym poszukiwaczem,” prowadzi podcast „You Made it Weird,” oparty na pytaniu: Jaki jest sens życia?
Kiedy Colbert wyłączy program w czwartek, nie stracimy tylko gospodarza talk-show. Stracimy publiczną postać zakorzenioną w poważnej tradycji moralnej i gotową powiedzieć prawdę, nawet jeśli będzie to kosztowało ją samą. Istnieje na to słowo; po prostu przestaliśmy go używać.
Więc, co Colbert zostawia nam? Kiedy Dua Lipa zapytała go na antenie, czy jego wiara i komedia się przenikają, odpowiedział, że komedia jest „śmieszna i smutna i śmieszna o byciu smutnym,” co według niego jest zakorzenione w katolickim przekonaniu, że śmierć nie jest porażką. Strach, mówił, jest tym, co popycha ludzi ku mrokom. A więc: „Bez względu na to, co się stanie, nigdy nie zostaniesz pokonany. Musisz znaleźć jakiś sposób, by kochać i śmiać się z innymi.”
(Liz Bucar to etyk religijny i profesor na Northeastern University oraz autorka „Beyond Wellness”. Prowadzi substack Religion, Reimagined. Poglądy wyrażone w tym komentarzu niekoniecznie odzwierciedlają stanowisko Religion News Service.)
