Ten esej zawiera spoilery. Czytaj dalej na własne kinowe ryzyko.
(RNS) — Poszedłem obejrzeć „Disclosure Day”, nowy film Stevena Spielberga, spodziewając się thrillera science-fiction. Ale wyszedłem z niego z esejem teologicznym.
Aby zrozumieć „Disclosure Day”, trzeba go postrzegać jako trzecią część trylogii, którą Spielberg nigdy nie ogłosił, a którą tworzy od prawie pół wieku.
Najpierw była „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” (1977), opowieść o elektryku z Indiany o imieniu Roy Neary (Richard Dreyfuss), który po spotkaniu z UFO zaczyna mieć obsesyjne wizje konkretnej góry. Wyrusza w pielgrzymkę do Wieży Diabła w Wyoming, gdzie ludzie i obcy odwiedzający spotykają się w spektakularnej wymianie światła i muzyki. Obcy nie są typowymi potworami znanymi z powojennej science fiction. Są miękcy, łagodni, dziecinnymi i androgyniczni. Zwracają porwanych ludzi nie czyniąc im krzywdy. Spotkanie jest pokojowe i duchowe.
Ja, a także niektórzy inni rabini, pokazywaliby ten film w ramach sesji badawczej dotyczącej żydowskiego święta Szawuot. Dlaczego? Szawuot upamiętnia dane Dziesięciu Przykazań na Górze Synaj. Przeobrażające spotkanie na górze — opowieść o transcendencji. „Bliskie spotkania”, jak twierdziliśmy, były przypowieścią o boskim objawieniu.
Po drugie była „E.T. – Obloczony Obcy” (1982). Gość z kosmosu przybywa. Jest łagodny i dobry. Leczy umierającą roślinę swoim dotykiem. Nawiązuje telepatyczną więź z samotnym chłopcem imieniem Elliott — prawdziwe poczucie empatii — w której dziecko rzeczywiście doświadcza tego, co przeżywa E.T. Urzędnicy ścigają E.T. i zbliżają się do niego. E.T. wydaje się umierać. Ożywa. W swoim pożegnaniu, dotyka czoła Elliotta świecącym palcem i mówi: „Będę tu cały czas.”
Kiedy oglądałem ten film, prawie 45 lat temu, symbolika mnie porwała. To była nowoczesna adaptacja opowieści ewangelicznej. (Nie byłem w tym osamotniony; wielu chrześcijańskich kaznodziejów także widziało w tym podobieństwa). Sam Spielberg zaprzeczył, że kiedykolwiek to zamierzał, lecz rezonans jest tak głęboki, że przekroczył nawet intencje samego twórcy.
Gdyby tylko Spielberg mógł wypić kawę z dawno zmarłym, wielkim psychoanalitykiem Karlą Jungiem. Już w 1946 roku Jung rozmyślał nad kulturowym fascynowaniem się UFO. W liście z 14 września 1960 r. napisał: „Nauki science fiction o podróżach na Księżyc czy na Wenus i mit o latających spodkach to skutki naszej ledwie odczuwanej, lecz nie mniej intensywnej potrzeby dotarcia do nowej fizycznej, a także duchowej podstawy poza naszym aktualnym, świadomym światem.”
A to prowadzi nas do „Disclosure Day” i do ukończenia przez Spielberga tej trylogii. W filmie w rolach głównych występują Emily Blunt jako meteorolożka z Kansas City, która zaczyna doświadczać zjawisk, których nie potrafi wyjaśnić, oraz Josh O’Connor jako whistleblower z dziedziny cyberbezpieczeństwa, który zadecydował, że prawda o tym, co jest „poza” istnieje „dla 7 miliardów ludzi”. Nie zdradzam fabuły; jedynie dodam, że to, co pojawia się w tym filmie, ani nie niszczy, ani nie zagraża. Pytanie, które zostaje widzom zadane, widoczne w promocyjnej linii filmu, brzmi: „Jeśli dowiedziałbyś się, że nie jesteśmy sami — jeśli ktoś to pokazałby ci, udowodnił to tobie — czy by to wystraszyło?
To jest Spielbergologiczna esencja — od objawienia na Synaju w „Bliskich spotkaniach”, po zdarzenie chrystusowe w „E.T.”, po ostateczne, wielkie objawienie w „Disclosure Day.” To obietnica ostatecznej transcendencji.
Albo, jak ujął to Jung w swoich „Listach” Tom II: „Te [symbolizmy UFO], pojawiające się dziś wszędzie, malują obraz końca czasu z jego eschatologicznymi pojęciami: zniszczenie świata, nadejście Królestwa Niebieskiego lub Zbawiciela świata.”
Istnieje wzór, który wykracza poza Spielberga. Filmy o obcych są rodzajem kulturowego barometru, odzwierciedlającego to, czego boimy się i w czym pokładamy nadzieję w danym momencie historii.
Podczas zimnej wojny obcy przybywali, by nas zniszczyć. „Wojna światów” z 1953 roku i jej remake po 9/11 z Tomem Cruise’em w 2005 roku ukazywały stworzenia, których jedynym celem była wyniszczenie. Jednak do roku 2016 coś się zmieniło. W „Arrival” problem nie polega na tym, że chcą nas zniszczyć — po prostu nie rozumiemy swojego języka.
A teraz, w tym napiętym momencie, Spielberg daje nam „Disclosure Day”, a obcy są ponownie łagodni — dalecy kuzyni E.T. Szukamy innego rodzaju opowieści.
Dlatego ten film tak naprawdę nie opowiada o obcych istotach. Chodzi o empatię — o to, by czuć z wnętrza innej rzeczywistości, nawet jeśli ta rzeczywistość jest dla ciebie absolutnie obca.
Jest wers bez wersetu z Księgi Kapłańskiej, który Rabin Akiba nazywał wielkim podstawowym nakazem całej Tory: „Kochaj swego bliźniego jak siebie samego.” To nie dlatego, że twój sąsiad jest ci znany, i nie dlatego, że macie ten sam język, kod pocztowy czy plemię, lecz dlatego, że jest on kamokha, jak ty; i b’tzelem Elohim, w obrazie Boga.
A teraz prawdziwy spoilers.
Ostatnie słowo tego filmu to „słuchaj”. Słuchaj w sensie Szema. Słuchaj nawzajem, słuchaj wewnętrznego języka.
To klucz do całej sprawy: słuchanie. Wykracza ono daleko poza kino.
Wyobraź sobie, co by się stało, gdyby Izraelczycy i Palestyńczycy mogli naprawdę się wsłuchać w siebie nawzajem. Prawdziwi twórcy pokoju w tym konflikcie, ci, którzy budują pokój kawałek po kawałku, to ci, którzy naprawdę potrafią się nawzajem słuchać. To doświadczenie, że usłyszenie drugiego może uczynić cię bezbronniejszym, ale nie umniejsza cię i nie czyni cię słabszym. Mogę wysłuchać, jak Palestyńczycy opowiadają o tym, że wciąż noszą klucze do domów swoich rodzin w przedpaństwowiej Izraelu, a oni mogą wysłuchać żydowskich Izraelczyków mówiących o farhud — pogromie inspirowanym nazistami w Bagdadzie, który zabił szacunkowo 180 Żydów dokładnie 85 lat temu w tym miesiącu.
Sh’ma: Słuchaj, usłysz, bądź obecny.
Spielberg otrzymał żydowskie przygotowanie. Nie przepadał za swoim doświadczeniem bar micwy — jak sam przyznał. W rzeczywistości rzucał pomarańcze w stronę gości w proteście. Jak wielu Żydów jego pokolenia, zbuntował się. „Lista Schindlera” była w pewnym sensie jego powrotem do judaizmu.
Ale, Szema. Może to właśnie to słowo, które zostało w pamięci. Ta prosta komenda była zawsze obecna. To prawdziwe objawienie.
