Młodzi Amerykanie są optymistyczni wobec przyszłości, lecz boją się jej.

(RNS) — W minionym tygodniu przeżyłem rzeczywistość stojącą za nowym badaniem Pew Research, nie opuszczając mojej własnej rodziny. Moi teściowie byli w mieście na sześćdziesiątej rocznicy spotkania absolwentów, ojciec mojego partnera, czyli mój teść, była to celebracja wersji Ameryki, która dotrzymała swoich obietnic. Moja córka kończyła szkołę średnią, podekscytowana i zestresowana tym, co będzie dalej. Ten sam tydzień, ta sama rodzina. Inne Ameryki.

W piątek (12 czerwca) Centrum Badań Pew opublikowało analizę nastrojów narodowych, dopasowaną do 250. rocznicy kraju, a liczby potwierdzają to, co czułem przez cały zeszły tydzień: jesteśmy narodem tkwiącym między pokoleniami i nie mamy języka, by rozmawiać o tym, co dalej. Większość Amerykanów uważa, że najlepsze dni kraju są za nami. Prawie 7 na 10 z nich twierdzi, że nie jest zadowolona z tego, w jakim kierunku idą sprawy.

Najbardziej niepokojący dla mnie jako rodzica i nauczyciela wniosek brzmi: podczas gdy młodzi dorośli (w wieku 18–29 lat) zgłaszają wyższy poziom szczęścia co do przyszłości niż dorośli powyżej 65. roku życia, pokolenie Z jest bardziej pesymistyczne co do tego, co ta przyszłość faktycznie przyniesie. Mniej niż 4 na 10 wierzy, że gospodarka będzie silniejsza lub że kraj będzie mniej podzielony politycznie do 2050 roku.

Moja córka obawia się wszystkich nieznanych skutków, które przyniesie zmiana klimatu. Obawia się, że dostanie się na studia magisterskie będzie jeszcze trudniejsze niż brutalny proces przyjęć na studia, przez który właśnie przeszła. Obawia się również, jak będzie wyglądał rynek pracy dla niej — czy w ogóle będą istnieć te rodzaje prac, o których myśli, zważywszy na to, jak szybko sztuczna inteligencja zmienia to, czym jest ludzka praca.

Jej pokolenie to ludzi, którzy czują się dobrze, ale spodziewają się, że sytuacja pogorszy się. To mnie bardzo smuci, ponieważ sygnalizuje, że moja córka i jej rówieśnicy nauczeni zostali radzenia sobie z własnymi uczuciami, podczas gdy ich oczekiwania zostały porzucone.

Część problemu polega na tym, że przekonaliśmy ich, a także siebie samych, by myśleć o szczęściu w indywidualnych, terapeutycznych kategoriach. Udoskonalaj swój poranny rytuał. Zarządzaj swoim lękiem. Kultywuj wdzięczność. Bądź obecny. Obietnica jest taka, że jeśli będziemy pielęgnować nasze wnętrze, zewnętrzny chaos stanie się łatwiejszy do zniesienia.

Co ta wersja szczęścia nie jest w stanie zrobić, to pomóc nam wyobrazić sobie lepszą przyszłość razem.

Był czas, kiedy Amerykanie znajdują nadzieję nie tylko w samodoskonaleniu, ale także w projektach zbiorowych: ruchu pracowniczego, ruchu o prawa obywatelskie, Nowy Ład. Były to dążenia skierowane ku czemuś większemu niż sam nastrój konkretnego człowieka czy nawet jedna generacja. Ta orientacja zniknęła na jakiś czas — ale wymaga opowieści o tym, dlaczego przyszłość ma znaczenie poza naszymi własnymi życia.

Jednym ze źródeł, do którego ludzie zawsze idą po opowieści o przyszłości, jest religia, i właśnie dlatego poświęciłem swoją karierę badaniom tradycji religijnych, nawet jeśli sam nie jestem osobą głęboko religijną. Z tego, co zrozumiałem, tradycje religijne mają coś do zaoferowania, czego przemysł samodoskonalenia nie potrafi: słownictwo do mówienia o wspólnej przyszłości.

Koncepcja judaizmu o „tikkun olam” (naprawianie świata) zakłada, że praca ta nigdy nie zostanie ukończona za nasze życie i podkreśla, że to nie powód, by przestać próbować. Haudenosaunee (konfederacja Irokezów) utrzymują, że decyzje powinny być podejmowane z myślą o siedmiu pokoleniach, ukierunkowując nas na ludzi, którzy jeszcze nie istnieją. Islam postrzega ludzi jako zarządców ziemi w imieniu tych, którzy nadejdą po nas. Chrześcijaństwo w najlepszym wydaniu rozumie Królestwo Boże nie jako cel po śmierci, lecz jako coś, co jest budowane teraz, wspólnie, przez ludzi, którzy nie zobaczą jego ukończenia.

Nie trzeba być religijnym, by uznać, że to właśnie coś, czego kultura świecka nigdy nie potrafiła całkowicie zastąpić.

Dane Pew pokazują kraj, który odczuwa swoje emocje bez wspólnego ramienia, do czego te emocje mają prowadzić. To porażka na wielu frontach jednocześnie — w polityce, w mediach, w naszych instytucjach i, tak, wewnątrz wspólnot religijnych, które czasem sprowadzały swoją wizję do rozmiarów indywidualnego duchowego komfortu. Wszyscy zapomnieliśmy o znaczeniu wspólnej opowieści.

Mój teść i jego koledzy z pokolenia wyżu demograficznego mieli wersję amerykańskiego snu, która była dla nich strukturalnie możliwa: ciężko pracować, budować dziedzictwo, przekazywać je dalej. Ta narracja zawierała obietnicę ekonomiczną, ale była także opowieścią o ich miejscu w osi czasu i o tym, jak mogą wpłynąć na tę oś po sobie. Ta narracja działała dla nich. Ale nie zadziała w ten sam sposób dla mojej córki.

Nie zostanie właścicielką domu w wieku 28 lat tak, jak jej dziadkowie. Jej dyplom ukończenia studiów nie będzie niósł ze sobą takiego samego gwarantowanego zatrudnienia i socjalnego statusu, jaki miał jej dziadek. Znacznie trudniej będzie wychowywać rodzinę na dwa dochody, a co dopiero na jeden.

Co pokolenie mojej córki potrzebuje, to powód do odbudowy. To nie może być zbyt optymistyczne zakrzywienie na temat stanu świata ani nostalgia za wersją amerykańskiego snu, która nigdy nie była dostępna dla wszystkich. Co wszyscy musimy ponownie odnaleźć, to wspólna opowieść o tym, co sobie nawzajem jesteśmy winni i o wspólnej przyszłości, którą dzielimy.

Ale jak to zrobić? Pierwszy krok to uznanie, że samodzielne działanie nie jest odpowiedzią, że ludzki rozwój od zawsze był projektem zbiorowym. Drugi krok to znalezienie nowych sposobów łączenia pokoleń, aby dzielić się historiami, które kochamy, nazywać przyszłości, które chcemy, i odrzucać te, które są pisane dla nas przez ludzi o zbyt dużej władzy i zbyt małej odpowiedzialności. Widzieliśmy już przedsmaki tego, jak to może wyglądać, w energii otaczającej kampanię Zohrana Mamdaniego — która wydała się mniej codzienną polityką, a bardziej ćwiczeniem wyobraźni zbiorowej.

Myślę, że religia prawdopodobnie była sposobem, w jaki kiedyś to robiliśmy, i nie wiemy jeszcze, czym ją zastąpić. Wspólnoty religijne były miejscami, gdzie ludzie z różnych pokoleń spotykali się regularnie, opowiadali historie o przeszłości i przyszłości, i pociągali siebie nawzajem do czegoś większego niż własne szczęście.

Nie musimy odbudowywać tradycyjnej religii. Ale potrzebujemy czegoś, co robi to, co religia robi w swoim najlepszym wydaniu.

Mamy te uczucia. Moja córka zasługuje na tę opowieść.

(Liz Bucar is a professor of religion at Northeastern University and the author of “Beyond Wellness: How Restoring the Religious Roots of Spiritual Practices Can Heal Us” (Tarcher/Penguin Random House, 2026). She writes the Substack bestseller newsletter Religion, Reimagined.)

Damian Cisowski
Damian Cisowski
Damian jest autorem artykułów na portalu Dobra Spowiedź, gdzie dzieli się refleksjami na temat wiary, życia duchowego i sakramentu pojednania.

← Wróć do aktualności