(RNS) — Chociaż moi rodzice wychowywali mnie od urodzenia w Baltimore i miałem najszczęśliwsze dzieciństwo, dopiero w ostatnich około trzydziestu latach życia naprawdę poznałem mojego ojca, rabina Simchę Shafrana, który zmarł w 2016 roku w wieku 91 lat.
Dlatego że mówił bardzo mało o swoim życiu przed emigracją do Stanów Zjednoczonych w 1947 roku i o zostaniu obywatelem niedługo potem. A ja byłem zbyt głupi, by pytać go o te lata.
Dopiero około 1990 roku, będąc dorosłym człowiekiem z własną rodziną w Providence, w stanie Rhode Island, dowiedziałem się o jego młodości.
Lekcja przyszła pocztą, na taśmie kasetowej wysłanej mi przez kogoś, kto zarejestrował przemówienie mojego ojca wygłoszone przed publicznością z okazji Dnia Pamięci o Holokauście. Najwyraźniej czuł się bardziej komfortowo opowiadając swoją historię obcym niż swoim własnym dzieciom.
Zrozumiałem, że jego powściągliwość wynikała z tego, iż nie chciał ob arczyć mnie, mojej siostry i mojego brata ciężarem przerażających lat młodości.
Jak na przykład w wieku czternastu lat w swojej rodzinnej Polsce, Simcha Bunim Szafranowicz — imię, pod którym się urodził — nalegał upieranie na to, by rodzice pozwolili mu uczyć się w jesziwie, mimo że to, co później nazwiemy II wojną światową, zaczęło się zaledwie kilka tygodni wcześniej, a rodzina uciekała przed nadchodzącymi nazistami.
Jak esesmani, którzy dopadli jego rodzinę i innych uchodźców z ich miasta, Ruzhan, zabili jego wujka na jego oczach i zapakowali mojego ojca oraz setki innych Żydów do synagogi, zamknęli ich w środku i podpalili sąsiednie domy. Przed śmiercią Żydów uratował ich w ostatniej chwili niemiecki urzędnik wojskowy, który przechodził obok i rozkazał ich wyjście na zewnątrz. To, jak podejrzewano, był Prorok Eliasz — który w żydowskiej tradycji pojawia się na przestrzeni historii, aby ocalić Żydów — tu, w dość niezwykłym przebraniu.
Jak rodzice chłopca niechętnie udzielili mu błogosławieństwa — w końcu nie wiedzieli, gdzie będzie dla niego najbezpieczniej — i pożegnali go. Jak się okazało, na zawsze ostatni raz.
To był początek podróży, która zaprowadziła młodego Simchę doSyberii, a potem do Ameryki, gdzie, jako rabin Simcha Shafran, stał się czczonym, ukochanym rabinem jednej wspólnoty.
Jesienią 1939 roku, chłopiec, który miał zostać moim ojcem, trzymając tefiliny — małe skórzane skrzydełka zawierające fragmenty Tory zapisane na pergaminie, związane skórzanymi paskami i noszone na ramieniu i czole — wyruszył do jesziwy Novardok w polskim mieście Białystok.
W drodze odkrył, że wszystkie polskie jesziwy przeniosły się do Wilna, Litwa. Na dworcu kolejowym przypomniał sobie, że usłyszał i posłuchał głosu w swojej głowie krzyczącego „Simcha! Wsiadaj do pociągu!” do Wilna i zdołał wskoczyć na peron między dwoma wagonami.
Znalazł się w przeniesionej jesziwie Novardok w litewskim mieście Birż, gdzie jesziwa funkcjonowała do czasu, aż Sowieci przejęli władzę w 1941 roku i zażądali, by wszyscy uchodźcy stali się obywatelami ZSRR.
Mój ojciec i jego koledzy wiedzieli, że przyjęcie obywatelstwa radzieckiego uczyniłoby ich mięsem armatnim w armii, i odrzucili ofertę. Jako obcokrajowcy trafili na wagony bydlęce, z otworem w podłodze każdego wagonu pełniącym rolę toalety, a po kilku tygodniach trafili do syberyjskiego obozu pracy, gdzie kazano im ścinać drzewa, rąbać drewno, zbierać ziarno i mielić je.
Mój ojciec był najmłodszym z grupy, która spędziła resztę wojny w lodowej tajdze, wraz ze swoim nauczyciel, Rabin Yehudah Nekritz.
Kiedy pracowali, rozważali lekcje Talmudu lub recytowali Psalmów. Nie pozwalali Sowietom odebrać im duchowego dziedzictwa. W ich schronieniu zawsze mieli przed sobą szachownicę w trakcie gry, na wypadek gdyby nadzorca — nienawidzący religii — zajrzał.
Wygnani stosowali różne sztuczki, aby unikać pracy w sabat, potajemnie piekli matze na Paschę i prowizoryjnie zbudowali sukkah, specjalny szałas, w środku nocy, by obchodzić święto Sukkot.
Grupa przetrwała te lata. W 1944 roku młodzi mężczyźni zostali przeniesieni na zachód i ostatecznie przemyceni do amerykańskiej strefy Berlina. Mój ojciec miał na ramieniu bliznę po postrzale, gdy skorumpowany strażnik zdradził ich i ostrzelał ciężarówkę, w której byli. Myślę, że byłem w wieku około 30 lat, gdy po raz pierwszy pokazał mi tę bliznę.
Uchodźcy zorganizowali jesziwę w miasteczku w pobliżu Frankfurtu i wznowili naukę Tory. W czerwcu 1947 roku, po nawiązaniu kontaktu z krewnym w USA, który był gotów go sponsorować, mój ojciec dotarł na Ellis Island.
Z 75 dolarami przekazanymi mu przez żydowską organizację społeczną kupił nową parę tefilin, jego stare zostały już znoszone przez Syberię.
W Nowym Jorku poznał córkę szanowanego rabina z Baltimore, Noacha Kahna, i zaczął ją podrywać. Mieli wspólny tylko jidysz, a mój ojciec, ubogi lecz zdeterminowany, datingował moją matkę, spacerując z nią, czasem jeżdżąc metrem i śpiewając piosenki z czasów jesziwy. Miał słodki głos i to, co wszystkim imponowało — doskonałe słyszenie wysokości.
Para przeprowadziła się do Baltimore, a mój ojciec został rabinem w małej synagodze. Szybko opanował angielski, głównie dzięki mojej matce, która pomagała mu tłumaczyć kazania pisane po jidysz na angielski.
Jego dochody z synagogi były skromne, więc mimo świadczenia, ślubów, pogrzebów i wizyt w szpitalach, mój ojciec znalazł czas, by uczęszczać na wieczorowy kurs rachunkowości. Oprócz rabinackich obowiązków został audytorem w mieście Baltimore. Podchodził do swoich zobowiązań poważnie i jego współpracownicy robili wrażenie na jego uczciwości. Mówili, że potrafili wyznaczyć czas, kiedy wychodził na przerwę na lunch i wracał do biurka.
Przez ponad 60 lat swojego życia jako rabin mój ojciec wywarł głębokie wrażenie na młodych i na starych, poszukujących i szyderców, na ludzi intelektualnych i duchowych. Nie było żadnych sztuczek. Swoim promiennym uśmiechem po prostu się prezentował, a judaizm, szczerze, bez pretensji. Ktoś kiedyś zauważył, że aby być udanym rabinem w Ameryce, mężczyzna musiał być wysoki i wyrafinowany, mówić anglielskim królowej i trzymać się z dystansem — aż spotkał mojego ojca.
Kiedy po ponad 40 latach małżeństwa moja matka zmarła w 1989 roku, mój ojciec był zdruzgotany. Jednak wewnętrzna siła, która towarzyszyła mu przez tyle lat, wyłoniła się ponownie z czasem i powrócił do życia z werwą, nawet ponownie się ożenił. Jego drugi związek trwał 20 lat. Gdy moja macocha zachorowała, mój ojciec opiekował się nią, tak jak opiekował się moją matką, podczas jej ostatniej choroby.
Spacerował codziennie trzy mile, aż do swoich późnych lat osiemdziesiątych. W 2012 roku opublikował swoje wspomnienie, „Ogień, Lodowiec, Powietrze: Wspomnienia żydowskiego Polaka o jesziwie, Syberii, Ameryce.” Tylko guz mózgu go spowolnił i ostatecznie położył kres jego życiu.
W jego ostatnie poranne dni na tym świecie złożył ostatnią prośbę. Było ciężko go zrozumieć, ale jego żona synowa powiedziała, że słyszała, jak mówi „tefiliny.” Gdy zapytała, czy to właśnie to, o co mu chodzi, skinął głową na tak, a mój brat przyniósł tefiliny ojca i położył je na ramieniu i na czole. To właśnie wtedy, po spełnieniu tego obrzędu, ojciec oddał swoją duszę.
Na ostatni dzień żydowskiego tygodnia żałoby na świat przyszło dziecko — chłopiec — jednemu z naszych synów. Podczas obrzezania dziecka nadano mu imię i na świat przyszedł nowy Simcha Bunim Shafran.
(Rabbi Avi Shafran pisze szeroko w mediach żydowskich i ogólnych i ma tu Substack. Poglądy wyrażone w tym komentarzu niekoniecznie odzwierciedlają poglądy Religion News Service.)
