Moja wizyta w domu Leonarda Cohena na Hydrze i lekcja z tej wizyty

(RNS) — Niektóre pielgrzymki planujesz. Inne planują ciebie.

Te wakacje zabrały mnie najpierw do Izraela, kolebki mojej wiary; potem do Aten, kolebki racjonalizmu i demokracji; a na koniec — promem, którego podróż trwała godzinę i dziesięć minut — na grecką wyspę Hydra.

Dlaczego Hydra? Bo to właśnie tam Leonard Cohen mieszkał ze swoim partnerem, Marianne Ihlen, i ich małym synem Adamem. Chciałem zobaczyć jego dom i schody prowadzące do niego i z niego, ponieważ kocham jego muzykę, i ponieważ te schody doprowadziły Cohena do jednej z najbardziej przełomowych podróży w jego życiu.

Jeśli miałbym zacytować kultowy moment z „Odysei”, Hydra była Ithaką Cohena — miejscem, które miało być domem. Lecz jego podróż przebiegła w odwrotnym kierunku „Odysei”. Odyseusz błąkał się dziesięć lat, by wrócić do domu. Cohen musiał opuścić dom, by dowiedzieć się, gdzie dom naprawdę jest — czyli naród.

Jesienią 1973 roku Cohen znajdował się w głębokim kryzysie, jak opisuje książka Matty’ego Friedmana „Who By Fire? Leonard Cohen in the Sinai.” Jego ostatnie albumy były zarówno krytycznie, jak i komercyjnie porażkami. Zmagał się z depresją — albo przynajmniej z głębokim smutkiem.

Tego października 1973 roku, w Yom Kipur, zjednoczone armie Egiptu, Syrii i Jordanii zaatakowały państwo żydowskie z zaskoczenia.

Cohen zeszedł ze schodów w Hydra nad port, pojechał do Aten i wsiadł na samolot do Izraela.

Wylądował i udał się do kawiarni w Tel Awiwie, gdzie kilku izraelskich popstarów dostrzegło go — najbardziej być może zmarły Matti Caspi. Namówili go, żeby podróżować z nimi na Synaj i śpiewać dla żołnierzy, co Friedman udokumentował w swojej książce.

Reszta to historia rock’n’rolla — albo raczej miejsce, gdzie historia rocka i historia żydowska przecinają się. Cohen pojechał do Hatzu’a, lotniska na południu. Tam śpiewał, jak ukazuje niesamowite zdjęcie, na którym po lewej stronie stoi zmarły generał i premier Ariel Szaron, a po prawej Caspi towarzyszy mu na gitarze.

 

Ta historia towarzyszyła mi podczas mojej podróży na Hydrę, a od czasu powrotu noszę ją ze sobą — przez Jom Kipur. Towarzyszyła mi również wtedy, gdy burzę performatywną wściekłości wybuchał burmistrz Nowego Jorku, Zohran Mamdani, przeciwko premierowi Izraela Benjaminowi Netanjahu i całemu państwu Izrael, w wideo obejrzanym przez miliony ludzi. Towarzyszyła mi także, gdy dwóch ludzi, z których jeden miał kippę na głowie, zostało zaatakowanych na nowojorskiej ulicy przez mężczyznę wołającego „Allahu Akbar”.

Zastanawiałem się: Co Cohen zaśpiewałby?

Nie byłby to utwór skomponowany wyłącznie przezeń.

Byłby to raczej krótki utwór, którym często kończyłby swoje koncerty. Został napisany przez Earla Chalmersa Guisingera, pod pseudonimem Guy Singer, w 1954 roku, a nagrywali go tacy artyści jak Perry Como, Les Paul i Mary Ford.

Opisuje fragment biblijnej Księgi Rut — słowa, które Rut powiedziała swojej teściowej, Noemi, która namawiała ją, by powróciła do swojej rodzinnej ziemi Moabu, zamiast podróżować z nią z powrotem do Ziemi Izraela:

Gdzie idziesz, tam ja będę szła
Gdzie będziesz mieszkać, tam będę mieszkała
Lud twój będzie moim ludem
Gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę

Dlaczego wyobrażam sobie Cohena śpiewającego to — w tym właśnie tygodniu?

Wracam do wcześniejszego momentu w Księdze Rut. Boaz, którego ona ostatecznie poślubi, zauważa Rut i zadaje proste pytanie: „Czyja to dziewczyna?” L’mi ha-naarah ha-zot?

Nie pyta: „Kto to jest ta dziewczyna?”

Do kogo ona należy? Który naród ją przygarnia?

Rut nie chce opuścić Noemi. „Rut przylgnęła do Noemi” — a raczej „przyczepiła się” do Noemi. Słowo „przylgnąć”, davkah, pochodzi z tego samego rdzenia, co współczesne hebrajskie słowo na „klej” — devek.

Rut czuje przyczepność, adhezję, klej.

Jej odpowiedź jest jasna. „Twój lud będzie moim ludem, a Twój Bóg moim Bogiem.” Rut zaczyna od poziomu społecznego, a potem przechodzi do teologii.

Innymi słowy: Judaizm jest przede wszystkim narodem — a dopiero potem religią.

Czułem to poczucie przynależności, wspólnoty, przylepności, kiedy byłem w Izraelu. Patrzyłbym na Izraelczyków na ulicach i w sklepach i mówił sobie: To mój naród. Dla mnie Bóg transcendentny i transcendentny naród idą ramię w ramię.

W minionym tygodniu nie trzeba być religijnym Żydem, by poczuć tę klejącą więź. Bo jest ona. Bo to jest nasz lud, to nasza rodzina, i są oni atakowani.

A jaka jest reszta historii Leonard Cohena i jego podróży do Izraela?

Podczas tej podróży napisał część swojej najpotężniejszej muzyki, która ukazała się na albumie „New Skin for the Old Ceremony” — między innymi „Who by Fire” i „Lover Lover Lover.” Cohen przyznał później dziennikarzowi, że „Przyszedłem, żeby podnieść ich duch, a oni podnieśli mój.”

Podróż Cohena do Izraela odnowiła zarówno jego ducha, jak i jego karierę. Była jego własną odyseją — i w przeciwieństwie do Odyseusza, to, co na niego czekało, nie było tylko brzegiem morza. To była lud.

Rozumiem to.

Damian Cisowski
Damian Cisowski
Damian jest autorem artykułów na portalu Dobra Spowiedź, gdzie dzieli się refleksjami na temat wiary, życia duchowego i sakramentu pojednania.

← Wróć do aktualności