(RNS) — Miałem okazję, a szczerze mówiąc także błogosławieństwo, by zostać zaproszonym na oficjalne otwarcie Obamy Centrum Prezydenckiego w Chicago w zeszłym tygodniu. Od imponującej, wysokiej wieży nad całością po samych uczestników, prelegentów i muzyków, dzień ten był naprawdę imponujący. Był to wyraźnie moment, w którym można było zastanowić się nad moralnym i obywatelskim dziedzictwem prezydentury Baracka Obamy, które stoi w wyraźnym kontraście do obecnego ducha prezydentury.
Oboje, Michelle i Barack, wygłosili niezwykłe przemówienia, które warto posłuchać. Jednak to, co zapadło mi w pamięć najbardziej, nie było żadnym pojedynczym przemówieniem ani występem, lecz duch dnia samego w sobie oraz wartości, które pojawiały się w rozmowie po rozmowie.
Byłem zadowolony, że dzień nie był poświęcony nostalgii. Głównym celem były wartości, z których wiele wydaje się obecnie nieobecnych w naszym obecnym kontekście politycznym, lecz wartości, które istniały na długo przed prezydenturą Obamy i które mogą ponownie powrócić w przyszłości.
Być może najczęściej kojarzonym słowem z Obamą jest nadzieja. Często była widoczna i słyszana podczas kampanii i samej prezydentury Obamy, lecz wiele osób odczuwało w kolejnych latach rozpacz. Piosenka gospelowa, „Oh Happy Day”, wykonywana przez Edwin Hawkins Singers, przyszła mi na myśl przez cały dzień. Patrząc na licznych zebranych w ten słoneczny, ciepły czwartek w Chicago (18 czerwca), brzmiało to dokładnie tak, jak ta piosenka.
Słowa takie jak życzliwość, współczucie, hojność i troska o bliźniego przewijały się przez cały program. Empatia była słowem, które uderzyło mnie najbardziej jako coś, co utraciliśmy i co musimy ponownie odnaleźć. Wciąż ciężko mi pojąć wyrażenie „toksyczna empatia” (toxic empathy), które stało się częścią słownika niektórych sojuszników obecnego rządu. Otwarcie centrum Obamy przypominało, że empatia nie jest słabością, lecz siłą. Nie ma nic toksycznego w głębokim słuchaniu, zwłaszcza tym, którzy najbardziej cierpieli, aby zrozumieć i poczuć ich ból, a następnie spróbować wyciągnąć pomocną dłoń.
Oczywiście innym słowem, które ciągle się pojawiało, była godność — dla nas wszystkich, niezależnie od rasy, klasy, płci, orientacji czy kraju pochodzenia, jako ludzi stworzonych całkowicie równych wobec Boga. Godność była szczególnie kierowana do najwrażliwszych i marginalizowanych, tak jak wszystkie nasze tradycje wiary wzywają nas do tego.
Wiara często pojawiała się tego dnia, ale zawsze w służbie rodzaju demokracji wielowyznaniowej, która potrafi budować mosty, rozwiązywać problemy, szanować różnice i przywracać wspólne dobro ponad indywidualistyczne zyski. W czasie, gdy najbogatsi i najpotężniejsi wydają się rosnąć bez ograniczeń, przesłanie dnia było przypomnieniem wezwania ewangelii do „tych, którzy są najmniejsi” w 25. rozdziale Mateusza.
Jedną z pierwszych osób, które spotkałem, była Melissa Rogers — była dyrektor wykonawcza Białego Domu ds. Partnerstw Religijnych i Sąsiedzkich, pod prezydenturą Obamy, a także czołowy głos na przecięciu wiary, polityki publicznej i wolności religijnej. Dołączyła do mnie w rozmowie na podcast o tym wspaniałym dniu i otwarciu centrum.
Melissa i ja zastanawialiśmy się nad atmosferą dnia i nad licznymi przyjaciółmi i kolegami, którzy się zgromadzili. Wspominała rolę dobrej wiary w Białym Domu w tamtych latach Obamy. To naprawdę czuło się jak reunia wspólnych zobowiązań i wspólnych wartości. Melissa, która była w stanie umożliwić byłym pracownikom wcześniejszy wgląd w wnętrze centrum na kilka dni przed wielkim otwarciem, przedstawiła w rozmowie podział na piętro po piętrze.
Samo centrum zostało opisane jako „żywe dzieło” bardziej niż tradycyjne muzeum prezydenckie pełne wystaw i artefaktów. To rozróżnienie wydaje się istotne. Choć wielu z nas widziało, że się starzejemy, dostrzegaliśmy także niezwykłą liczbę młodych ludzi, którzy tam byli i jak byli zainspirowani. Przywództwo było nieustannym tematem, a nowe centrum poświęci się kultywowaniu przywództwa przyszłych pokoleń.
Fakt, że Obamowe Centrum Prezydenckie znajduje się na południowej stronie Chicago, był podkreślany raz za razem. To społeczność, w której Michelle się urodziła i dorastała, i do której Barack przybył jako młody organizator społeczny, nie znający nikogo. To ludzie, których poznał w tamtych dzielnicach południowego Chicago, w podziemiach kościołów i w sanktuariach, na przednich werandach i czasem niebezpiecznych ulicach, nauczyli go wielu lekcji życiowych.
To było także miejsce, gdzie Barack odnalazł drogę do Chrystusa, droga wiary, która później miała wpływ na misję biura ds. wiary w Białym Domu kierowanego przez Melissę. Miałem zaszczyt być częścią pierwszej grupy doradców liderów duchowych, znających Obamę od czasów jego pracy w Senacie Stanu Illinois, tuż po jego nawróceniu, gdy dążył do ugruntowania swojej osobistej wiary w sprawiedliwość społeczną.
Być może najbardziej znaczące rozmowy, które prowadziłem tego dnia, zaczynały się od pytania „Co teraz robisz?” Było tam tak wielu bogato zróżnicowanych i wielopokoleniowych liderów, dzielących się pracą, którą wykonują w swoich społecznościach. Energia nie była skierowana wstecz ku temu, co już zostało osiągnięte. Była skierowana naprzód ku temu, co jeszcze trzeba zrobić. Dlatego ten niezwykły dzień na południowej stronie Chicago nie był tylko dniem nostalgii, której wszyscy potrzebowaliśmy, lecz znakiem przyszłości wartości, które zjednoczyły nas na początku. Wartości, które przetrwają, będą żyły dalej, wrócą do działania i ostatecznie zmienią ten obecny moment polityczny.
To dało nam nadzieję, że przyszłość jest możliwa, ponownie.
(The Rev. Jim Wallis is Archbishop Desmond Tutu Chair and director of Georgetown University’s Center on Faith and Justice and is the author, most recently, of “The False White Gospel: Rejecting Christian Nationalism, Reclaiming True Faith, and Refounding Democracy.” A version of this commentary appeared on the Substack God’s Politics with Jim Wallis. The views expressed here do not necessarily reflect those of RNS.)
