Ten średniowieczny zabytek ukryty pod polskim miastem przez 800 lat właśnie ujrzał światło dzienne

Przez sześćdziesiąt trzy lata gdańszczanie ustawiali się tutaj w kolejce. Lody z lodziarni „Miś” przy zbiegu ulic Sukienniczej i Grodzkiej były od 1962 roku jednym z najsłynniejszych smaków miasta. Nikt — ani sprzedawcy, ani klienci, ani turyści — nie miał pojęcia, że dosłownie pod ich stopami spoczywa kompletnie zachowany szkielet średniowiecznego rycerza, przykryty kamienną płytą nagrobną z wapienia, na której od ponad siedmiuset lat widoczna jest postać uzbrojonego mężczyzny z mieczem przy piersi.

W lipcu 2025 roku, po dwóch latach systematycznych prac archeologicznych, ten sekret wreszcie wyszedł na jaw. To, co odkryły dwie polskie archeolożki — Sylwia Kurzyńska i dr Monika Kasprzak z Pracowni Archeologiczno-Konserwatorskiej ArcheoScan — niemal natychmiast obiegło światowe media. Bo nie chodzi już tylko o pochówek. Chodzi o jedno z najważniejszych odkryć archeologicznych w Polsce ostatnich lat, które każe na nowo napisać historię początków Gdańska.

Miejsce, gdzie biło serce dawnego miasta

Aby zrozumieć, dlaczego to odkrycie wstrząsnęło polską archeologią, trzeba uchwycić jego kontekst. Prywatny inwestor kupił działkę po dawnej lodziarni Miś z zamiarem nowej inwestycji. Prawo polskie wymaga w takim przypadku przeprowadzenia ratowniczych badań archeologicznych — zwłaszcza w historycznym centrum miasta, w pobliżu dawnego Zamczyska, czyli pierwotnego ośrodka władzy gdańskiej. Już samo położenie zwiastowało odkrycia. Nikt jednak nie spodziewał się ich skali.

Ekipa ArcheoScan rozpoczęła prace w 2023 roku. Wykopaliska, na obszarze około tysiąca metrów kwadratowych, sięgnęły miejscami głębokości czterech, a nawet pięciu metrów. To, co stopniowo wyłaniało się z ziemi, było prawdziwą podróżą w głąb pierwszych wieków miasta.

Najpierw — pozostałości drewnianej drogi z kilkunastoma warstwami, układanymi jedna na drugą w miarę zużywania się poprzednich. To dowód, że przebiegała tędy jedna z głównych arterii średniowiecznego Gdańska. Następnie — drewniane konstrukcje datowane metodą dendrochronologiczną na lata 1112-1140. I wreszcie, w samym sercu działki, fundamenty potężnej drewnianej budowli na planie krzyża greckiego o wymiarach 14 na 14 metrów, postawionej w 1140 roku. Archeolożki nie miały wątpliwości: to najstarszy drewniany kościół na ziemiach polskich. Prawdopodobnie pierwszy gdański kościół Mariacki, prekursor dzisiejszej wielkiej Bazyliki Mariackiej.

Wokół niego rozciągał się cmentarz. Dotychczas odkryto na nim ponad 200 pochówków, datowanych od połowy XII wieku do początku XIV wieku. Osiem z nich miało płyty nagrobne. Ale tylko jeden — „rycerzyk” — okazał się znaleziskiem klasy światowej.

Płyta z Gotlandii i jej tajemniczy gość

Na powierzchni wapiennej, jasnej płyty mierzącej 150 centymetrów długości wyrzeźbiono wizerunek, który dotrwał do naszych czasów w zaskakująco dobrym stanie. Postać rycerza w pełnym uzbrojeniu. Kolczuga, tunika, spiczasty hełm. W lewej ręce wąska tarcza — nie widać na niej herbu, choć być może oryginalnie był malowany. W prawej, opartej na piersi, miecz o krzyżowej rękojeści, gest, który w średniowiecznej ikonografii oznaczał osobę sprawującą władzę.

Materiał płyty również mówi wiele. To wapień najprawdopodobniej importowany z Gotlandii, szwedzkiej wyspy na Bałtyku, która w średniowieczu była jednym z najważniejszych ośrodków produkcji tego rodzaju kamiennej rzeźby nagrobnej. Sprowadzenie takiej płyty do Gdańska wymagało znacznych środków finansowych i kontaktów handlowych. To nie był pochówek byle kogo.

„Jedno jest pewne: to musiał być ktoś znaczący” — podkreśla Sylwia Kurzyńska. „Taki gest trzymania miecza oznacza kogoś, kto miał władzę”. Wszystkie tropy wskazują na osobę z najwyższych kręgów ówczesnego społeczeństwa Gdańska.

Wielka niewiadoma: chwała książąt czy potęga krzyżaków

Tu zaczyna się prawdziwa zagadka, nad którą głowią się dziś polscy historycy. Datowanie pochówku oscyluje między końcem XIII wieku a początkiem XIV wieku — i w tej różnicy kilkudziesięciu lat kryje się dramatyczny zwrot historii Gdańska.

Jeśli rycerz został pochowany przed listopadem 1308 roku, jego tożsamość wiąże się z elitą książąt pomorskich — może nawet z samą rodziną Świętopełka Wielkiego lub jego potomków. Mógłby być wysokim urzędnikiem dworskim, dowódcą wojskowym, członkiem rodu sprawującego władzę nad ujściem Wisły. Pochówek tak blisko ołtarza najstarszego gdańskiego kościoła stanowiłby symbol jego pozycji w średniowiecznej hierarchii.

Jeśli jednak zmarł po listopadzie 1308 roku — wszystko się zmienia. To wtedy zakon krzyżacki dokonał słynnej rzezi Gdańska i przejął kontrolę nad miastem na blisko 150 lat. Rycerz pochowany w nowo wzniesionej kaplicy mógłby należeć już do elity krzyżackiej, do tych wojowników w białych płaszczach z czarnymi krzyżami, którzy w ciągu jednej zimowej nocy zmienili losy całej Pomorza Gdańskiego.

To różnica niemal teologiczna. Polski rycerz piastowski albo niemiecki brat zakonny. Symbol rdzennej władzy gdańskiej albo zwycięskiej okupacji. Identyfikacja, którą uda się ustalić — albo i nie — dopiero po szczegółowych badaniach kości i ewentualnych analizach DNA.

Operacja ratunkowa: 300 kilogramów kamienia w czterech kawałkach

Decyzja pomorskiego wojewódzkiego konserwatora zabytków Dariusza Chmielewskiego zapadła błyskawicznie. Wapień, w którym wyrzeźbiona była płyta, szybko utlenia się w kontakcie z powietrzem. Każdy dzień zwłoki oznaczał ryzyko nieodwracalnych zniszczeń.

8 lipca 2025 roku rano rozpoczęto ostrożne demontaż. Płyta o wadze około 300 kilogramów, spękana na cztery duże fragmenty w ciągu siedmiu stuleci pod ziemią, musiała zostać podniesiona z najwyższą ostrożnością. Następnego dnia wszystkie elementy — łącznie z najmniejszymi okruchami — zostały przewiezione do Muzeum Archeologicznego w Gdańsku.

Tam czeka je nowy etap życia. Pod okiem dr Anny Kriegseisen zabytek przejdzie pełną konserwację. Zostanie zeskanowany trójwymiarowo i poddany rekonstrukcji metodą cyfrową. Jeśli specjaliści uznają to za możliwe, brakujące fragmenty zostaną wypełnione tak, jak składa się puzzle. Niemal nieznana technologia spotka się z dwunastowiecznym dziedzictwem.

Kompletny szkielet, który czekał 700 lat

Ale prawdziwa sensacja przyszła dopiero po usunięciu płyty. Pod warstwą polnych kamieni archeolodzy najpierw zobaczyli zarys trumny. Mogło to być po prostu odciśnięcie w ziemi, ślad bez zawartości. Dalsza eksploracja, prowadzona z wielką delikatnością, ujawniła jednak coś znacznie więcej.

Około 30 centymetrów pod warstwą kamieni natrafiono na kompletnie zachowany szkielet. Według wszelkiego prawdopodobieństwa — to ciało rycerza przedstawionego na płycie. Mężczyzny niewysokiego, mierzącego około 150 centymetrów, co odpowiada średniej wzrostu mieszkańców tamtej epoki. Przy szczątkach nie znaleziono żadnych kosztowności — pochówki średniowieczne nie zawierały materialnie wartościowych przedmiotów. Ale samo umieszczenie zmarłego w pobliżu ołtarza jednego z najstarszych kościołów Gdańska wystarcza, by potwierdzić jego wysoki status społeczny.

Wokół płyty i bezpośrednio na jej powierzchni zaobserwowano także proszek o intensywnej zielono-niebieskiej barwie. To prawdopodobnie węglanowa korozja miedzi — pozostałość po niezachowanych metalowych aplikacjach, które niegdyś zdobiły powierzchnię nagrobka. Może była tam wybijana tabliczka z inskrypcją, może elementy zbroi przedstawionej w płaskorzeźbie. Wszystko to bezpowrotnie utlenione przez stulecia wilgoci.

Dlaczego to odkrycie jest unikatowe

Aby docenić wagę gdańskiego znaleziska, trzeba uświadomić sobie, jak rzadkie są takie zabytki w polskiej archeologii. Z całego okresu średniowiecza, na terenach Królestwa Polskiego, znanych jest zaledwie nieco ponad sto płyt nagrobnych należących do przedstawicieli możnowładztwa. Z czego większość pochodzi dopiero z XV i XVI wieku. Płyty z XIII i początku XIV wieku można policzyć na palcach jednej ręki.

Co więcej — w przeważającej większości przypadków średniowieczne płyty nagrobne miały formę inskrypcyjnych epitafiów lub prostych symboli heraldycznych. Płaskorzeźbiowe wizerunki zmarłych były rzadkością. Wkomponowywane w posadzki kościołów nie mogły wystawać znacząco ponad ich powierzchnię, by nie utrudniać poruszania się wiernym. Stąd wiele z nich uległo wytarciu pod stopami pokoleń wiernych. Gdański „rycerzyk” zachował się dlatego, że bardzo szybko został zasypany ziemią — i pozostał nietknięty aż do XXI wieku.

Sylwia Kurzyńska nie waha się nazywać tego „jednym z najważniejszych odkryć archeologicznych w Polsce ostatnich lat”. Pomorski Wojewódzki Konserwator Zabytków publicznie wyraził uznanie dla zespołu ArcheoScan. Polskie i zagraniczne media od lipca 2025 roku regularnie wracają do tej historii.

Co dalej

Płyta jest już bezpieczna w pracowni konserwatorskiej Muzeum Archeologicznego. Szczątki rycerza są poddawane szczegółowym badaniom — antropologicznym, izotopowym, być może genetycznym. Każda z tych analiz może rzucić nowe światło na pochodzenie i tożsamość zmarłego.

Tymczasem dalsze prace na działce trwają nadal. Komisja złożona z ekspertów Muzeum w Biskupinie, Muzeum Gdańska i Muzeum Archeologicznego ma zdecydować o losie reliktów najstarszego drewnianego kościoła Polski. Czy zostaną zabezpieczone in situ i wkomponowane w nową inwestycję? Czy zostaną w jakiś sposób przeniesione? To decyzja o wymiarze symbolicznym dla pamięci miasta.

A „rycerzyk” — jak go pieszczotliwie nazywają archeolożki — po opracowaniu naukowym najprawdopodobniej trafi do stałej ekspozycji muzealnej. Po siedmiu wiekach spędzonych w ciszy, pod stopami niczego niespodziewających się gdańszczan i amatorów lodów z popularnej budki, jego twarz wyrzeźbiona w wapieniu z Gotlandii znów zacznie patrzeć na żywych. Tym razem przez szybę gabloty.

Damian Cisowski
Damian Cisowski
Damian jest autorem artykułów na portalu Dobra Spowiedź, gdzie dzieli się refleksjami na temat wiary, życia duchowego i sakramentu pojednania.

← Wróć do aktualności