19 sierpnia 2002 roku, na lotnisku w Krakowie-Balicach, święty Jan Paweł II wsiadał po raz ostatni do samolotu lecącego do Rzymu.
Nikt wtedy nie wiedział, że to będzie jego pożegnanie z Polską. Tylko dwa lata i kilka miesięcy dzieliło go od śmierci.
Słowa, które wypowiedział tego dnia, brzmią dziś jak proroczy testament dla narodu, który pozostawiał za sobą po raz ostatni: „Ojczyzno moja kochana, Polsko, Bóg Cię wywyższa i wyszczególnia, ale umiej być wdzięczna!”.
W ostatnich latach swojego życia papież Polak coraz częściej wracał do tematu Polski. Jej przyszłości, jej tożsamości, jej powołania w nowym, jednoczącym się świecie. To, co wówczas mówił i pisał — w książkach, homiliach, listach — układa się w spójną wizję, która dziś, ponad dwadzieścia lat później, czytana jest przez polskich katolików z coraz większą uwagą. Bo wiele z tego, przed czym Jan Paweł II ostrzegał, właśnie się dzieje.
Książka-testament napisana tuż przed śmiercią
23 lutego 2005 roku, niewiele ponad miesiąc przed odejściem papieża, w polskich księgarniach pojawiła się jego ostatnia książka: „Pamięć i tożsamość. Rozmowy na przełomie tysiącleci”. To nie jest klasyczna encyklika ani oficjalny dokument Magisterium. To zbiór głębokich rozmów filozoficzno-historycznych, w których Jan Paweł II — z perspektywy człowieka, który przeżył nazizm, komunizm i widział narodziny zjednoczonej Europy — zastanawia się nad losem swojej Ojczyzny.
Sercem książki są rozdziały o ojczyźnie, narodzie i kulturze. Papież definiuje w nich Polskę nie poprzez geografię ani polityczne granice, ale poprzez dziedzictwo duchowe, które przetrwało nawet okres zaborów. Pisze, że gdy naród traci to, co materialne — ziemię, państwowość, instytucje — „budzi się w nim to, co duchowe i pozwala zawalczyć o utracone terytorium”. Dla Jana Pawła II Polska to przede wszystkim wspólnota wartości, języka, wiary i kultury, które tworzą tożsamość niemożliwą do unicestwienia.
Najbardziej proroczo brzmią dziś te fragmenty książki, w których papież pisze o wejściu Polski do struktur europejskich. „Mam nadzieję, że pielęgnując te wartości, społeczeństwo polskie, które od wieków przynależy do Europy, znajdzie właściwe sobie miejsce w strukturach Wspólnoty” — czytamy. Jan Paweł II nie był przeciwnikiem integracji europejskiej. Przeciwnie. Ale stawiał warunek niezbywalny: Polska wchodzi do Europy nie jako uboga krewna, lecz jako naród niosący ze sobą bogactwo duchowe, które może i powinien podzielić z innymi.
Ostrzeżenie wypowiedziane w polskim Sejmie
11 czerwca 1999 roku Jan Paweł II uczynił coś bezprecedensowego. Po raz pierwszy w historii Polski i po raz pierwszy w historii świata papież wygłosił przemówienie w izbie parlamentu narodowego. Stał przed posłami i senatorami Rzeczypospolitej i mówił o demokracji. Słowa, które wtedy padły, dziś — gdy polska klasa polityczna boryka się z kryzysem zaufania i polaryzacji — brzmią szczególnie ostro.
Papież dziękował „Panu historii” za „kształt polskich przemian”. Ale natychmiast przeszedł do ostrzeżenia. Demokracja bez wartości — mówił — łatwo przemienia się w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm. Sprawowanie władzy politycznej powinno być „ofiarną służbą człowiekowi i społeczeństwu, nie zaś szukaniem własnych czy grupowych korzyści z pominięciem dobra wspólnego całego narodu”.
Te słowa nie były oderwaną filozofią. Były — co uderza dziś z perspektywy ćwierć wieku — dokładną diagnozą tego, co miało dopiero nastąpić: napięć między demokracją proceduralną a głębokim sensem moralnym wspólnoty politycznej. Jan Paweł II widział to wcześniej. Widział, że wolność wywalczona w 1989 roku może zostać zdeptana nie przez czołgi, ale przez relatywizm.
„Cywilizacja śmierci” — pojęcie, które papież powtarzał z naciskiem
W ostatnich latach pontyfikatu Jan Paweł II używał coraz częściej dwóch przeciwstawnych pojęć: „cywilizacja miłości” i „cywilizacja śmierci”. Pierwsze opisywało wizję świata, w którym godność osoby ludzkiej, rodzina i transcendentny wymiar człowieka pozostają nienaruszone. Drugie — świat, który zatraca te punkty odniesienia.
Papież piętnował życie według ciała, które prowadzi do kryzysu etycznego. Sprzeciwiał się konsumpcjonizmowi: pieniądz, bogactwo i wygody tego świata, mówił, „przemijają, a zatem nie mogą być naszym celem ostatecznym”. Krytykował relatywizm i szerzenie kłamstwa — także przez media. Apelował o ochronę rodziny i życia poczętego.
Dla wielu polskich katolików, którzy obserwują dziś gwałtowne zmiany kulturowe, słowa te brzmią jak mapa przyszłości, którą Jan Paweł II naszkicował z wyprzedzeniem. Polska, którą żegnał w 2002 roku, nie była jeszcze tym społeczeństwem, w którym żyjemy dziś. Ale papież, znający Zachód lepiej niż ktokolwiek inny w polskim Kościele, widział kierunek, w jakim ten świat zmierza. I prosił rodaków, aby byli przygotowani.
Bogurodzica, Westerplatte i nadzieja w młodych
W swoich pielgrzymkach do Polski papież nieustannie sięgał po dwa symbole. Pierwszym była Bogurodzica — najstarsza polska pieśń religijna, którą podczas pierwszej pielgrzymki w 1979 roku w Gnieźnie nazwał polskim Credo. Wracał do niej także w „Pamięci i tożsamości”, przypominając, że to ona prowadziła polskie i litewskie wojska pod Grunwaldem. Bogurodzica była dla niego dowodem, że duchowy fundament polskości jest starszy niż jakikolwiek system polityczny i przetrwa każdą zmianę.
Drugim symbolem było Westerplatte. Podczas trzeciej pielgrzymki, 12 czerwca 1987 roku w Gdańsku, Jan Paweł II zwrócił się do młodych Polaków słowami, które weszły do polskiego dziedzictwa: „Każdy z Was, młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte. Jakiś wymiar zadań, które musi podjąć i wypełnić”. Każde pokolenie Polaków — mówił — ma swoje pole walki. Swoje próby. Swoje powołanie do wierności.
Niezwykle ważne jest to, że papież w swoich ostatnich wypowiedziach adresował przyszłość Polski przede wszystkim do młodych. To w nich pokładał nadzieję. „Przyszłość Polski zależy od Was i musi od Was zależeć” — przypominał. Nie sądził, że ojczyznę uratują instytucje albo politycy. Wierzył, że Polska zostanie taką, jaką uczynią ją kolejne pokolenia, w pracy nad samymi sobą.
Wdzięczność i odpowiedzialność — testament w jednym zdaniu
Kiedy w sierpniu 2002 roku, przy rampie samolotu w Krakowie-Balicach, święty Jan Paweł II wypowiadał ostatnie słowa do swojego narodu, sięgnął po cytat z Dzienniczka siostry Faustyny: „Ojczyzno moja kochana, Polsko, Bóg Cię wywyższa i wyszczególnia, ale umiej być wdzięczna!”.
W tym jednym zdaniu zawarł całe swoje przesłanie. Po pierwsze: Polska jest narodem szczególnie wybranym przez Boga, narodem, który przeżył to, czego nie przeżyły inne — rozbiory, dwa totalitaryzmy, bezprecedensowe doświadczenie męczenników XX wieku. Po drugie: to wybranie nie jest powodem do dumy, lecz do odpowiedzialności. Wdzięczność, o którą prosił papież, nie była sentymentalnym uczuciem. Była postawą duchową, w której naród rozpoznaje, ile otrzymał, i pyta, co z tym darem ma zrobić.
W ostatnich latach życia Jan Paweł II patrzył na Polskę oczami ojca, który widzi swoje dziecko wchodzące w świat pełen pułapek. Nie ostrzegał z lęku, ale z miłości. Wiedział, że pokusa zapomnienia o duchowych korzeniach pojawi się szybciej, niż ktokolwiek się spodziewa. Wiedział, że dobrobyt, wolność i otwarcie na Zachód — te wszystkie błogosławieństwa, o które tak długo Polska walczyła — niosą ze sobą również ryzyko utraty tożsamości.
I dlatego jego ostatnie słowa do nas nie były pożegnaniem. Były wezwaniem. „Umiej być wdzięczna” — to znaczy: pamiętaj, kim jesteś. Pamiętaj, skąd idziesz. Pamiętaj, ku komu idziesz. Reszta — dodawał papież w „Pamięci i tożsamości” — należy do nadziei. Bo dla chrześcijanina sytuacja nigdy nie jest beznadziejna. „Chrześcijanin jest człowiekiem nadziei”.
Dwadzieścia lat po tych słowach Polska wciąż waży, co z duchowym spadkiem swojego największego rodaka zachowa, a co utraci. Odpowiedź nie należy już do papieża. Jak sam mówił — należy do nas.
