W warmińskiej wsi liczącej niespełna siedmiuset mieszkańców znajduje się miejsce, którego sława od ponad stu czterdziestu lat sięga daleko poza granice Polski. Gietrzwałd — bo o nim mowa — jest jedynym miejscem objawień maryjnych na terenie naszego kraju oficjalnie zatwierdzonym przez Watykan. Co roku przybywają tu setki tysięcy pielgrzymów. Ale to nie sama liczba odwiedzających przyciąga uwagę. To zawartość pewnej księgi, prowadzonej w sanktuarium nieprzerwanie od 1947 roku — i kilka konkretnych przypadków, nad którymi już od lat głowią się polscy lekarze.
W marcu 2026 roku temat wrócił z nową siłą. Papież Leon XIV podpisał dekret o heroiczności cnót Stanisławy Samulowskiej, jednej z dwóch dziewczynek, którym w 1877 roku objawiła się Matka Boża w Gietrzwałdzie. Aby proces beatyfikacji mógł pójść dalej, potrzebny jest jeden konkretny element: zatwierdzony przez Kościół cud uzdrowienia, dokonany za jej wstawiennictwem. I to właśnie nad tym pracują dziś medyczne komisje pochylające się nad polskimi dokumentami.
„Księga łask i uzdrowień” — siedem dekad świadectw
W 1962 roku ksiądz Franciszek Węglarczyk, kustosz gietrzwałdzkiego sanktuarium, podjął decyzję, która okazała się brzemienna w skutki. Założył „Księgę łask i uzdrowień otrzymanych za przyczyną Najświętszej Maryi Panny w Gietrzwałdzie” — i zaczął wpisywać do niej oświadczenia pielgrzymów sięgające aż do roku 1947. Od tego czasu, nieprzerwanie przez ponad sześćdziesiąt lat, zapisywane są tam przypadki uzdrowień fizycznych i duchowych zgłaszanych przez wiernych.
Zasada jest prosta i surowa zarazem: każda osoba, która twierdzi, że doświadczyła w Gietrzwałdzie szczególnej łaski, składa pisemne lub ustne oświadczenie. Bardzo często — i to czyni dokumentację tak wyjątkową — świadectwa są opatrzone zaświadczeniami lekarskimi. Diagnozy sprzed uzdrowienia. Wyniki badań po. Karty hospitalizacji. Fotografie zmian skórnych przed i po. Cała baza danych, która gromadzi się od dekad i którą dziś coraz częściej analizują naukowcy.
Sanktuarium nie ukrywa, że nie wszystkie zapisane uzdrowienia można uznać za „cuda” w ścisłym znaczeniu kościelnym. Wiele osób doznało pokrzepienia duchowego i poprawy zdrowia, ale ich przypadki nie zostały poddane orzeczeniu komisji lekarskiej. Kościół ma w tej dziedzinie wymagania bardziej restrykcyjne niż jakakolwiek instytucja medyczna na świecie.
Co to znaczy „uzdrowienie zatwierdzone” według Watykanu
Aby uzdrowienie mogło być oficjalnie uznane za cud, potrzebne są warunki, które sprawiają, że proces ten potrafi trwać latami, a czasem dziesięcioleciami.
Pierwsze: uzdrowienie musi być całkowite. Nie częściowe, nie okresowe, nie subiektywne. Choroba, na którą cierpiał pacjent, musi zniknąć w pełni i trwale. Drugie: musi być natychmiastowe lub niezwykle szybkie — w skali nieproporcjonalnej do typowego przebiegu zdrowienia z danej dolegliwości. Trzecie: musi być nieodwracalne, potwierdzone obserwacją medyczną przez wiele lat po zdarzeniu. Czwarte i najważniejsze: musi zostać wykluczone, ponad wszelką wątpliwość, jakiekolwiek wyjaśnienie naukowe — leczenie farmakologiczne, samoistna remisja znana medycynie, efekt placebo, błąd diagnostyczny.
Dopiero gdy wszystkie te kryteria są spełnione, dossier trafia do Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych w Watykanie, gdzie zajmuje się nim Consulta Medica — niezależna komisja kilkudziesięciu lekarzy, w tym wielu niewierzących. Ich zadanie nie polega na potwierdzeniu, że doszło do cudu. Polega na ustaleniu, czy istnieje jakiekolwiek racjonalne wyjaśnienie tego, co się stało. Jeśli nie potrafią takiego znaleźć — i tylko wtedy — sprawa wraca do Kościoła, który dopiero wtedy może wypowiedzieć słowo „cud”.
To dlatego, gdy mówi się o „uzdrowieniu, którego lekarze nie potrafią wyjaśnić”, chodzi o coś znacznie głębszego niż brak diagnozy. Chodzi o przypadki, w których kilkudziesięciu specjalistów z różnych dziedzin medycyny przeanalizowało dokumentację i nie znalazło żadnej hipotezy zdolnej wytłumaczyć obserwowane fakty.
Cudowne źródełko Gietrzwałdu
W centrum gietrzwałdzkich świadectw znajduje się jedno miejsce. 8 września 1877 roku — w święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny — ówczesny proboszcz, na prośbę dziewczynek-wizjonerek, miał poprosić Matkę Bożą o pobłogosławienie wody z miejscowego źródełka. Według tradycji błogosławieństwo zostało udzielone. Od tamtego dnia woda gietrzwałdzka jest celem pielgrzymek z całej Polski i Europy.
Sanktuarium dokumentuje liczne przypadki ulgi w cierpieniu, odzyskania sił i uzdrowień, jakie miały następować po jej spożyciu lub obmyciu się nią. Co istotne — Kościół nie przypisuje wody samej w sobie żadnej mocy uzdrawiającej. Nie jest to „magiczna substancja”. Jest to znak, materialny pośrednik wiary. Uzdrowienia, jeśli się dokonują, dokonują się — według doktryny katolickiej — przez wstawiennictwo Maryi i działanie Boga, a nie przez właściwości chemiczne źródła.
Mimo to w XX i XXI wieku woda z Gietrzwałdu została przebadana laboratoryjnie wielokrotnie. Wyniki tych analiz nie pokazują niczego nadzwyczajnego. To zwykła woda mineralna. I właśnie ten fakt sprawia, że przypadki dokumentowanych uzdrowień są jeszcze bardziej intrygujące dla obserwatorów medycznych: nie ma żadnej „drogi naturalnej”, którą można by je wyjaśnić.
Cud, którego potrzebuje Stanisława Samulowska
Cała sprawa nabrała nowego znaczenia 23 marca 2026 roku. Tego dnia papież Leon XIV ogłosił dekret o heroiczności cnót Stanisławy Barbary Samulowskiej — jednej z dwóch dziewczynek, którym w 1877 roku ukazała się w Gietrzwałdzie Matka Boża. Stanisława miała wówczas dwanaście lat. W późniejszym wieku, podobnie jak druga wizjonerka — Justyna Szafryńska — wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia świętego Wincentego à Paulo.
Dekret oznacza, że Stanisława nosi odtąd tytuł czcigodnej służebnicy Bożej. To kluczowy etap drogi do beatyfikacji. Ale aby został zrobiony następny krok — wyniesienie na ołtarze — Kościół wymaga jednego konkretnego znaku: zatwierdzonego cudu dokonanego za jej wstawiennictwem.
Kustosz gietrzwałdzkiego sanktuarium, ks. Przemysław Soboń, w wypowiedzi dla Vatican News z marca 2026 roku, nie ukrywał radości i nadziei: „Z serc przepełnionych wiarą wołamy dzisiaj: Bogu niech będą dzięki! Obyśmy jak najszybciej doczekali momentu beatyfikacji”. Sanktuarium liczy na to, że któryś z zapisanych w „Księdze łask” przypadków — być może już badany przez polskie komisje — okaże się wystarczająco mocny, by przejść przez sito Watykanu.
Jubileusz, na który zaproszony został papież
W 2027 roku — czyli już za kilkanaście miesięcy — Gietrzwałd będzie świętował 150-lecie objawień. Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, arcybiskup Tadeusz Wojda, podczas wizyty w Watykanie zaprosił już Leona XIV do udziału w obchodach. Jeśli papież przyjmie zaproszenie, byłaby to pierwsza wizyta ojca świętego w tym sanktuarium od czasów Jana Pawła II — który zresztą jako kardynał Karol Wojtyła w 1977 roku osobiście uczestniczył w obchodach 100-lecia objawień.
Polski Kościół żyje obecnie w dwóch czasach jednocześnie. Patrzy w przeszłość, do dziewczynek z 1877 roku, których wytrwałość i prostota przerosły późniejsze próby kasatu kultu przez władze pruskie i komunistyczne. I patrzy w przyszłość, do tej cieniutkiej ścieżki, jaka prowadzi od dokumentu medycznego, przez ekspertyzy lekarskie, aż do dekretu papieskiego potwierdzającego, że coś, czego medycyna nie potrafi wyjaśnić, naprawdę się wydarzyło.
Każdy pielgrzym, który dziś staje przy gietrzwałdzkim źródełku, niesie z sobą prywatną sprawę, prywatne pytanie. Czasem są to ciężkie diagnozy. Czasem długotrwałe zmagania, w których medycyna już powiedziała ostatnie słowo. Sanktuarium nie obiecuje cudów. Cuda są darami, nie produktami. Ale w tej małej warmińskiej wsi, w księdze, która od 1947 roku notuje świadectwa, leżą stronice, których zawartość intryguje już nie tylko teologów. Intryguje także tych, którzy spędzili życie nad mikroskopami i rentgenami — i którzy wiedzą lepiej niż ktokolwiek, jak rzadko medycyna naprawdę musi powiedzieć: „nie potrafimy tego wyjaśnić”.
